|
Informujemy, iż nie ponosimy odpowiedzialności za treści zamieszczonych na stronie artykułów prasowych. Niektóre informacje w nich zawarte nie są zgodne z posiadaną przez nas wiedzą i mogą być mylące. |
ZAGADKI PODKARPACIA

Gdy zapada mrok, nad kopcem wybucha łuna światła. Potem przesuwa się w stronę kapliczki. Kilka metrów przed nią gaśnie. Światło jest tak mocne, że w domu można czytać gazetę. - Kopyśno - mówi bez zastanowienia Krzysztof Szuwarowski z Państwowej Służby Ochrony Zabytków w Przemyślu. - To jest chyba najbardziej zagadkowe miejsce na naszym terenie. Z wsią, gdzie mieszka już tylko staruszek i młody ekolog z żoną, związanych jest kilka legend, m.in. o podziemnym przejściu, studni i dzwonach, o biskupie prawosławnym, cudownym źródełku, a nawet diable. - Gdyby znalazły się pieniądze na badania, być może niektóre z tych podań okazałyby się prawdziwe - twierdzi K. Szuwarowski.
Do Kopyśna, które nazwane jest także Kopystnem i Kopysnem, jedzie się z Przemyśla w kierunku Kalwarii Pacławskiej, a potem na Rybotycze. Z Rybotyczami właśnie związana jest pierwsza legenda o podziemnym przejściu. Miało ono łączyć rybotycki zamek, w którym urzędował słynny Diabeł Łańcucki, z wczesnośredniowiecznym grodziskiem w Kopyśnie. Z grodziskiem związana jest legenda o studni, w której słychać bicie dzwonów i gdzie tryska cudowne źródełko. Od czasu do czasu ponoć na terenie grodziska można spotkać diabła.
Z Rybotycz odbija się do Kopyśna na prawo, w górę. Pytani o drogę ludzie dziwią się. - Do Kopystna w zimie? Nie macie szans tam dojechać. Od Rybotycz trzeba będzie iść na nogach. A to jest kilka kilometrów, pod górę i przez las. No i uważajcie na wilki - śmieją się.
Drogi do Kopyśna nikt nie odśnieża, bo i po co. Wieś jest opustoszała. Stoi w niej jeszcze kilka domów, ale tylko dwa z nich są zamieszkane. W jednym mieszka Edward Klimczak. Urodził się w Kopyśnie i pamięta jeszcze czasy, kiedy we wsi było sto domów. Potem przyszedł rok 1947 i akcja „Wisła”. Większość jego sąsiadów wysiedlono. Ci, którym udało się zostać, powoli wymierali. Kilka lat temu umarła również żona Edwarda Klimczaka. Zostałby sam, gdyby nie młody człowiek, który sprowadził się do Kopyśna. Przyjechał znad morza.
- To jakiś ekolog. Kocha zwierzęta. Kiedyś podobno rzucił się z nożem na myśliwych. Jest trochę ekscentryczny. Chciał kupić tamtejszą cerkiew na potrzeby jakiegoś nieznanego wyznania – opowiadają w Rybotyczach. - Niedawno się ożenił.
Pomimo niewielkich opadów śniegu, samochód przejeżdża zaledwie kilka metrów drogi z Rybotycz do Kopyśna. Potem grzęźnie w zaspie. Trzeba iść pieszo. Wokół puste, zaśnieżone pola. Na horyzoncie las. Na szczęście wilków ani śladu. Po czterdziestu minutach marszu słychać szczekanie psów i widać dach pierwszego domu.
Przy drodze do wsi po prawej stronie stoi kapliczka. Po przeciwległej - rozpościera się wzgórze. Na jego szczycie w odległości 400 metrów widnieje jeden wielki kopiec porośnięty sosnami. Wygląda nienaturalnie w krajobrazie. Widać, że sztucznie usypany. Z kopcem związana jest kolejna i najsłynniejsza kopyśnieńska legenda. Według tradycji, ma w nim być pochowany przemyski prawosławny biskup władyka Kopystyński. Żył on na przełomie XVI i XVII wieku. Miejscowa ludność opowiada, że zesłano go do Kopyśna za karę, za sprzeniewierzenie się swojej wierze. Historycy natomiast twierdzą, że biskup pochowany został w Kopyśnie, ponieważ stamtąd się wywodził. Wierze się wcale nie sprzeniewierzył, a i wręcz przeciwnie, zasłynął jako wielki i obrońca prawosławia na tych ziemiach.
K. Szuwarowski ubolewa, że nikt nie zbadał jeszcze kurhanu, by sprawdzić, kto rzeczywiście jest w nim pochowany. - Być może biskup. A być może kurhan ten jest znacznie starszy i pochodzi jeszcze z epoki kamienia - spekuluje. - Na uwagę zasługuje także dziwne zjawisko, pojawiające się nad kopcem. Ludzie nieraz widzieli tam silne światło, które przesuwało się w stronę kapliczki. Nigdy bym nie traktował tych opowieści poważnie, gdyby nie wiarygodność ludzi, którzy o nim mówili - tłumaczy.
Ruszamy w stronę kopca, by zrobić zdjęcie. Na górze nie ma nic niezwykłego. Stoi brzozowy krzyż. Kopiec zdążyli już zagospodarować lisy i myśliwi. Widać ambonę myśliwską i liczne jary. Pod sosną siedzi okazały lis z lśniącą kitą.
Schodzimy w dół, do wsi. Jest bardzo malownicza. Ciągnie się wzdłuż doliny Wiaru. Jedyna wyraźna droga omijają ją i pnie się pod górę. Inne ścieżki zatarł czas, lub porosły chaszcze. Wokół las zdziczałych drzew owocowych. W pierwszym domu na początku wsi mieszka Edward Klimczak.

Staruszek nie jest zbyt rozmowny. Właśnie wrócił z pola i wygrzewa się pod pierzyną. Przez kilka godzin pracował przy krowach, a ponieważ nie zwykł się ciepło ubierać, przemarzł do szpiku kości. Oczywiście nieraz widział tajemnicze światło nad kopcem.
- Musicie przyjechać tu jesienią, Właśnie w tym czasie się pojawia. Gdy zapada zmrok, nad kopcem wybucha łuna światła. Potem światło przesuwa się dość szybko w stronę kapliczki. Na kilka metrów przed nią gaśnie - opowiada. - A jest tak mocne, że można, w domu czytać gazetę. Światło pojawia się od lat. Opowieści o nim przekazywali sobie mieszkańcy Kopyśna z pokolenia na pokolenie Podobno biskup Kopystyński odprawia w ten sposób swoją pokutę.
- Czy jest to biskup, tego nie mogę powiedzieć - stwierdza rzeczowo staruszek - Nieraz próbował do tego czegoś podejść i sprawdzić, co to jest. - Żona jednak zawsze gwałtowała, żebym z duchami me zaczynał. Więc tych prób nie było wiele.
Po jej śmierci Edwardowi Klimczakowi udało się zbliżyć do tajemniczego światła na kilka metrów. Zobaczył postać. - Jakby człowieka w czarnej sukmanie. Szedł pochylony. Twarzy nie widziałem. Przy jego pasie była lampa. Nie widziałem rąk, więc nie wiem czy ją niósł, czy też przesuwała się za nim. W ogóle nie reagował na moją obecność.
Edward Klimczak pomyślał, że to dusza, która potrzebuje pomocy. - Chciałem zapytać, czego tak chodzi i czego chce, ale nie mogłem powiedzieć słowa.
Światło widziała także jego córka - Łucja Łuczak. Jest święcie przekonana, że nad kopcem dzieje się coś dziwnego. - Mogę przysiąc, że widziałam światło. Było to kilkanaście lat temu. Siedziałyśmy wraz z mamą w pokoju, gdy nagle wybuchła łuna nad kopcem. W domu zrobiło się bardzo jasno. Przez okno widziałyśmy, jak światło w dość szybkim, marszowym tempie przesuwa się do kapliczki i niknie.
Łucja Łuczak widziała światło tylko raz. – Może dlatego tylko ten jeden raz, bo już jako dziewczynka wyjechałam z Kopyśna do internatu. Potem rzadko bywałam w domu jesienią i jakoś specjalnie nie czuwałam w nocy, by móc je zobaczyć - tłumaczy.
- Światło jest tak prawdziwe jak studnia, która znajduje się na terenie grodziska – podkreśla. Zarówno ona, jak i jej ojciec, będąc dziećmi, bawili się przy niej. Edward K. wrzucał do niej kamienie, by sprawdzić, jak jest głęboka. - Słyszałem jak obijały się o jej ściany, ale nigdy nie słyszałem pluśnięcia . Nigdy też nie usłyszałem bicia dzwonów. To bujdy - śmieje się. Staruszek pamięta, że koło studni wypływało źródełko z "perłową" wodą. Pamięta, że na samym początku czasów komunizmu badano tę wodę, a potem planowano nawet urządzić w Kopyśnie uzdrowisko. Ale ponoć zabrakło pieniędzy.
W czasie, gdy Łucja Łuczak była dzieckiem, studnię zalała woda. - Widocznie spadające z drzew gałęzie coś tam zatkały i woda zaczęła płynąć wierzchem. A jest to podobno woda o bardzo bogatym składzie mineralnym – zaznacza.
Krzysztof Szuwarowski, który jest z wykształcenia archeologiem mówi, że studni jeszcze nikt nie badał, a informacje o niej traktowano tylko jako legendę.
- Dopiero dwa lata temu, gdy rozmawiałem o niej z panem Edwardem, przekonałem się, że jest ona faktem. Niestety, nie ma na razie pieniędzy na przeprowadzenie dokładnych badań. Być może potwierdziłyby one istnienie przejścia podziemnego. W czasach zamierzchłych często się bowiem zdarzało, że wejścia do podziemnych przejść prowadziły przez studnie.
Teraz na teren grodziska nawet nie ma się co wybierać. Wszystko jest zasypane śniegiem. Wierzymy więc p. Łucji na słowo, że widać tam jeszcze ślady po fosie i kamienną drogę dojazdową. - Diabła jednak tam nie zobaczycie. To tylko czyjś wymysł.
MARTA WATRAS
Nazwisko mieszkańca Kopyśna zostało zmienione
Super Nowości 5-7 lutego 1999r.

- Obiecałem teściowi, że tego nie zostawię ... - mówi Jan Łuczak
Do Kopysna wraca życie
W ubiegłym roku, po śmierci ostatniego rodowitego mieszkańca podprzemyskiego Kopysna i wyprowadzce młodego ekologa, wieś opustoszała.
Cztery puste domy, resztki dawnych gospodarstw i sadów, piękne widoki na całą gminę Fredropol i absolutna cisza. Tak wyglądało Kopysno po śmierci Edwarda Kettnera i wyprowadzce Grzegorza Tomaszewskiego. Pierwszy był rodowitym mieszkańcem wsi, drugi przyjechał kilka lat temu znad morza, kupił dom i został.
Z powodu położenia na dużej wysokości - tuż obok znajduje się góra Kopystańka - wioska była i jest bardzo atrakcyjna dla turystów. Dodatkowy atut stanowi cerkiew i cmentarz. To na nim ubiegłej wiosny, pochowano starego Kettnera. Leży niedaleko swojego dziadka Alberta, który przyjechał tu z Austrii po I wojnie światowej - jako leśniczy.
Grzegorz sprzedał dom i przeprowadził się do Rokszyc. - Teraz ja tu będę mieszkać - mówi spotkany na drodze Jan Łuczak, zięć ostatniego rodowitego mieszkańca Kopysna. - Nie w weekendy czy w lecie, ale na co dzień. Jestem na rencie, mam czas, żeby tu coś poremontować i posiedzieć nad stawem. Poza tym obiecałem teściowi, że tego nie zostawię, że zagospodaruję. Poza Łuczakiem, który zarzeka się, że ożywi wioskę, nikt w Kopysnie nie mieszka. Właściciele pozostałych domów to spadkobiercy dawnych mieszkańców. Niektórzy mają względem swoich posesji poważne zamiary - oczyścić z chwastów, wyremontować, nawet pomieszkać, ale żaden jeszcze nie osiadł na stałe. - A ja, jak dobrze pójdzie, wrócę tu jeszcze i wybuduję dom - mówi Grzegorz Tomaszewski. - Rokszyce to nie to samo... -dodaje.
Nie jest tajemnicą, że Grzegorz i stary Kettner, choć tylko we dwóch zamieszkiwali wioskę, nie żyli w zgodzie. W konflikcie uczestniczyły rodziny, w tym zięć Kettnera: - Ale pogodziliśmy się ostatnio. I może już do tego nie wracajmy - mówi Jan Łuczak. - Moim zdaniem Kopysno nie wymrze. Ostatnio kupiło tu ziemię małżeństwo z Warszawy. Będą się budować. Młodzi, wykształceni. Teraz, kiedy są komputery i internet, można pracować w domu - tłumaczyli. A dzisiaj też jacyś warszawiacy przyjechali. Poszli na Kopystańkę. Bo dzisiaj ludzie są zmęczeni miastami. To się będzie nasilać. I dlatego prędzej czy później wioska ożyje.
OH
Życie podkarpackie z 14 maja 2003r.
Ilu was? Raz!
Bezludna osada
Jeśli ktoś pragnie spędzić jakiś czas na odludziu, pooddychać czystym powietrzem i nacieszyć wzrok przepięknymi widokami, powinien wybrać się do Kopysna (gmina Fredropol).
Największą osobliwością tej wioski jest to, że liczy... jednego mieszkańca. W ostatnich 5 latach liczba ludności nigdy nie przekroczyła 5 osób. Opuszczone, zarastające zielskiem domy zapadają się, stwarzając niezwykłą aurę. W gąszczu ukryta jest cerkiew (1821r.) z ikonostasem z połowy XIX w.
Niegdyś „ruska wioska górska” (tak w 1917r. określał ją autor przewodników - dr Mieczysław Orłowicz) należy do najstarszych (początek XV w.) miejscowości w tej części ziemi przemyskiej . Było to gniazdo ruskiej szlachty Kopystyńskich (herbu Leliwa), z której wyszedł biskup przemyski Michał Kopystyński. Tu zmarł w 1610r. Od lat krąży legenda, że w jesienne wieczory pokutujący władyka Kopystyński przemyka łąkami, rozświetlając drogę latarnią. Przed 1939r. Kopysno liczyło około 500 „dusz” (w zdecydowanej większości grekokatolicy).
Osada jest położona ok. 3 km na północ od Rybotycz. Tam (w centrum) radzimy pozostawić auto (chyba, że ktoś dysponuje terenowym dżipem) i wybrać się pieszo w stronę Kopysna. Po niespełna godzinnym marszu polną drogą dotrzemy do celu. Stamtąd już blisko na szczyt Kopystanki (541m), skąd roztaczają się cudne panoramiczne widoki Pogórza Przemyskiego i na Ukrainę (przyda się lornetka).
MIECZYSŁAW NYCZEK
Nowiny z 28 sierpnia 2003r.
Troje dzieci Michała Kopko mieszka we Francji, jedno w USA. Gdyby nie internet, do dziś nie wiedzieliby, że są rodzeństwem
Poznali się po nosie ...
"Ja bardzo jestem szczęśliwy mieć inny ciotkę" - napisała młoda Francuzka po odnalezieniu w Polsce rodzinnej wsi dziadka i odkryciu, że zostawił w niej nieślubną córkę.
Do piętnastej Janusz Dedio zajmuje się urzędniczymi obowiązkami w przemyskim magistracie. Po godzinach oddaje się swojej pasji - stronie internetowej o wsi Kopysno, skąd pochodzi jego dziadek: - Kompletując informacje o Kopysnie, zawędrowałem kiedyś na jakąś inną, zupełnie przypadkową stronę. Znalazłem na niej list, w którym młoda Francuzka Aline Kopko poszukiwała wiadomości o swoim dziadku Michale Kopko z Kopysna. Nie znała go, bo urodziła się miesiąc po jego śmierci. Chciała się czegoś dowiedzieć o przeszłości dziadka, który nie wiedzieć czemu nigdy nie opowiadał o swoich rodzinnych stronach ani żonie, ani dzieciom. Ponieważ mam różne dokumenty dotyczące Kopysna, sprawdziłem, czy taki człowiek w ogóle tam mieszkał. Okazało się, że tak! Napisałem o tym do Aliny. Napisałem jej też o czymś, co i mnie, i ją bardzo zaskoczyło: kilka miesięcy po wyjeździe Michała Kopko z Kopysna urodziła się tu jego nieślubna córka Hania. Dla Aliny to ciotka, dla jej rodziców - siostra, o której istnieniu nikt nie wiedział!
Korespondowanie przez internet było dla Janusza Dedio i Aline Kopko bardzo trudne: ona znała tylko francuski, on polski, a skomplikowane niuanse genealogiczne należało wyjaśniać bardzo precyzyjnie. Komputerowy „automatyczny tłumacz" okazał się jedynym możliwym, choć wyjątkowo zabawnym, sposobem porozumiewania się. Czy to aby na pewno ten człowiek? I dlaczego nie zostawił rodzinie żadnych informacji o swojej wsi i spędzonych tu latach? Dlaczego wyjechał do Niemiec, jak trafił do amerykańskiej armii, a potem do Francji? Wiedział, że niebawem zostanie ojcem czy nie? A może dlatego właśnie wyjechał i nigdy o Kopysnie nie wspominał?
Ciotka Michele jest wątpliwy
Takie pytania zadawała Aline. Pan Janusz szperał w archiwaliach, wypytywał żyjących jeszcze dawnych mieszkańców Kopysna, odpisywał, a "automatyczny tłumacz" tłumaczył. Aline też: ",Ja mam moją ciotkę, Michele, który jest wątpliwy na tym przedmiocie" - tłumaczyła niedowierzanie, z jakim francuska część rodziny przyjęła wiadomość o istnieniu nieślubnego dziecka Michała Kopko. „Ja bardzo bardzo jestem szczęśliwy mieć inny ciotkę. I ja chciałbym już spotkać to!" - dodawała.
Ostatecznie do spotkania nie doszło, choć francuscy Kopkowie przyjechali do Polski i razem z Januszem Dedio odwiedzili Kopysno. Okazało się, że mała Hania - dzisiaj Ann Met - mieszka w USA: - Skontaktowałem się z nią. Ona też całe życie szukała Michała Kopko. Nie znała go, wiedziała tylko jak się nazywa...
Ann Met nie mogła w tym roku przyjechać do Polski. Ucieszyła się jednak, że znalazła we Francji dwie siostry i brata, o których istnieniu nie wiedziała (francuskie dzieci Michała Kopko) i już nieżyjącego ojca. Wszystkie wątpliwości, czy to aby na pewno rodzina, rozwiały się, kiedy francuscy Kopkowie popatrzyli na zdjęcia Ann: ten sam nos, ten sam profil..!
- Serio, poznali się po nosie...! A i ja, goszcząc ich, przekonałem się, że rzeczywiście muszą być stąd! Choć już zupełnie sfrancuzieli, dalej kiszą kapustę i robią bigos! - śmieje się J. Dedio.
Francuskie dzieci Michała Kopko i ich amerykańska siostra już teraz planują następne wakacje. Internet internetem, ale warto by się było w końcu spotkać w rzeczywistości. Najlepiej w Kopysnie.
OLGA HRYŃKIW
Życie podkarpackie z 4 sierpnia 2004r.
Odnaleźli się po latach
Dowiedzieli się, że na drugim końcu świata mają siostrę.
PRZEMYŚL. Dzięki internetowej pasji przemyślanina Janusza Dedio, odnalazły się rodziny z USA i Francji, które wcześniej w ogóle o sobie nie wiedziały.
W maju, dla upamiętnienia moich przodków, założyłem witrynę internetową o Kopysnie. Najpierw zamieściłem, co wiedziałem. Później zacząłem grzebać w internetowych zasobach - wspomina pan Janusz. Przypadkowo, przeglądając serwis o Beskidach, trafił na list Aliny Kopko z Francji. Szukała informacji na temat swego dziadka Michała Kopko i jego rodzinnych stronach, czyli Kopysnie, w dzisiejszym powiecie przemyskim. Dziadka znała tylko z opowiadań rodzinnych. - Postanowiłem pomóc tej pani. Przypominało to pracę detektywa. Szperałem w archiwach, przepytywałem miejscowych - mówi pan Janusz, pracownik przemyskiego Urzędu Miejskiego. Było trudno, bo Kopysno po wojnie zostało zniszczone. Teraz mieszkają tam tylko dwie osoby. Wszystkie informacje, które zdobył, słał e-mailem do Aliny Kopko.
Po kilku tygodniach wyjaśnił zagadkę. Okazało się, że Michał Kopko wyjeżdżając, najpierw do Niemiec, a później do Francji, zostawił w Polsce narzeczoną, która była z nim w ciąży. Urodziła córkę Hanię. Ona wyjechała do USA i tam założyła własną rodzinę. Dzisiaj nazywa się Ann Met. Kopko we Francji związał się z inną kobietą. Miał z nią dwie córki i syna. To siostry i brat pani Anny. - Mówiąc krótko, pani Alina, szukając śladów dziadka, znalazła w USA swoją ciocię, o której wcześniej nie miała pojęcia - wyjaśnia pan Janusz.
Francuskie i amerykańskie gałęzie Kopków stwierdziły po nad wszelką wątpliwość, że są rodziną. Na przyszłoroczne wakacje zaplanowali wielki zjazd rodzinny w Kopysnie. Będzie międzynarodowy francusko-amerykańsko-polski, bo część familii do dzisiaj mieszka pod Przemyślem.
NORBERT ZIĘTAL
Nowiny z 10 sierpnia 2004r.
Kopysno, tuż po zakończeniu wojny zamieszkiwało 168 rodzin. Dzisiaj żyją tu tylko cztery osoby.
Ratują umierającą wieś
W Kopysnie (gmina Fredropol) mieszkają trzy rodziny. W sumie cztery osoby. Kuzyni Jan i Michał chcą uratować umierającą wieś. Tutaj się wychowywali. Na małym, przycerkiewnym cmentarzyku spoczywają ich przodkowie. Kuzyni własnym sumptem wyremontowali prawie 3 kilometry gruntowej drogi, jedynej jaka prowadzi do wioski. Aby nie zmyły jej deszcze potrzebne jest odwodnienie. Kuzyni nie są w stanie ze skromnych rent i emerytur dokończyć inwestycji, którą powinien zająć się samorząd.
Wychowywaliśmy się tutaj od dziecka - wspominają kuzyni, Jan i Michał. - pochodzimy z austriackiej rodziny Kettnerów. Kiedyś mieszkali tutaj Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Powojenne czasy zmusiły większość do opuszczenia swoich domostw. Część mieszkańców została wywieziona na wschód. Brak perspektyw na przyszłość doprowadził do emigracji pozostałych mieszkańców. Jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku mieszkało tutaj 15 rodzin. Dzisiaj pozostały trzy, czyli 4 osoby. Nasze dzieci studiują. Żadne z nich nie chce słyszeć o powrocie do Kopysna. Trudno się im dziwić. My chcemy jednak uratować wieś przed zniknięciem z map.
Nie przetrwało konfrontacji z najnowszą historią
Kopysno leży na zboczach góry Kopystanki. Do Rybotycz, najbliższej miejscowości trzeba pokonać ok. 3 kilometry leśnej drogi. Najczęściej na piechotę. Pogórze przemyskie nadal jest zaliczane do najuboższych rejonów województwa podkarpackiego. Brak pracy i słaby rozwój turystyki powoduje migrację ludności. Młodzi nie chcą tutaj zostawać. Maleńkie gospodarstwa rolne i jedynie sezonowa praca w lesie nie jest w stanie zapewnić im bytu. Kopysno położone w oddaleniu od traktów komunikacyjnych, z każdym rokiem traciło nie tylko ludzi, ale też szansę na rozwój. Prąd doprowadzono tutaj dopiero pod koniec lat 70. W dużej niegdyś wsi pozostało 5 budynków z czego tylko trzy są zamieszkałe. Inne już dawno się zapadły. Tylko stare, opuszczone sady i pokrzywy rosnące na fundamentach świadczą o dawnej zabudowie. Lata świetności minęły tutaj bezpowrotnie. Wieś istniejąca od VIII wieku nie przetrwała konfrontacji z najnowszą historią. A przecież Kopysno należało niegdyś do szlachty ruskiej - Kopystyńskich herbu Sas, którzy włości otrzymali od Władysława Jagiełły. Tutaj też urodził się ostatni z przemyskich władyków prawosławnych Michał Kopystyński. Dzisiaj po obronnym dworze Kopystyńskich zostały jedynie niewyraźne zarysy fundamentów. Kilkaset metrów od Kopysna mieściła się też rodzinna siedziba Andrija Szeptyckiego, greckokatolickiego biskupa, narodowego bohatera Ukrainy. O wielkości wsi świadczyło zlokalizowanie tutaj już w roku 1507 parafii greckokatolickiej. Dzisiaj murowana cerkiew z 1821 roku służy jako kościół filialny parafii rzymskokatolickiej. Wnętrze zdobi zacnej urody ikonostas malowany przez Listkiewicza, artystę ze słynnej niegdyś szkoły rybotyckiej.
Remont za 450 złotych
- Msze odbywają się tutaj raz do roku na Wielkanoc - mówi Jan. - Wszystko wymaga remontu i zabezpieczeń. Kilka lat temu mój kuzyn pomalował dach dawnej cerkwi. Sam kupił farbę. Remontu wymaga zabytkowa dzwonnica. Sami dbamy o cmentarz. - Jan i Michał pokazują zadbane groby - polskie, ukraińskie i te rodzinne austriackie. - Wszyscy żyli tutaj w zgodzie - opowiadają kuzyni. - Leżą tutaj nie tylko skromni mieszkańcy wioski. Jest też grób żołnierza spod Monte Cassino.
Kuzyni Michał i Jan, ratują wieś przed ostateczną degradacją. Ludzie pojawiają się tutaj z rzadka jedynie w sezonie turystycznym. Wiedzie ich tutaj żółty szlak z Rybotycz. Czasami harcerze nocują w namiotach obok zrujnowanych chałup. Niedawno nie można było tutaj dojechać nawet samochodem terenowym. Teraz jak tylko pogoda dopisuje, dojeżdżają nawet kierowcy samochodów osobowych. Za skromne renty i emerytury gruntową drogę wyremontowali dwaj kuzyni.
- Pomaga nam w miarę możliwości nadleśniczy Kopczak z Birczy, wójt i rada gminy z Fredropola - mówią kuzyni. - Sami remontowaliśmy drogę, ale brakło pieniędzy na odwodnienie. Jak nam nie pomoże starosta przemyski, to naszą robotę diabli wezmą. Pierwszy większy deszcz znowu rozmyje szlak. Pisaliśmy prośby o pomoc do wszystkich władz. Odpowiedź jest zawsze taka sama: brak pieniędzy.
- Po 30 latach pracy dostaję 450 złotych renty! - mówi Jan. - Co mogę zrobić za te pieniądze. Na zakupy jeżdżę do Rybotycz tylko raz w tygodniu. Paliwo drogie. Wszyscy tutaj dostają mizerną rentę lub emeryturę. Co mogliśmy zrobić za własne pieniądze, to zrobiliśmy. Jeśli nam teraz nikt nie pomoże, to wieś przestanie istnieć. Nie mamy nawet środków na remont własnych domów.
Pomysł na życie
Jak przystało na twardych ludzi gór, kuzyni mimo wielu przeszkód mają pomysł na życie. Są właścicielami sporej watahy dzikoświń, hodowanych w zagrodzie na skraju wioski. Potężne lochy otacza wianuszek pasiastych warchlaków. Zwierząt pilnują psy różnej maści: jamniki, ''bukiety'' i jeden owczarek szkocki. - Zaglądają tutaj czasem wilki - tłumaczą kuzyni. - Sąsiadowi zagryzły trzy kozy i koziołka. Nie wiemy jeszcze co będziemy robić z tą hodowlą. Liczymy na zainteresowanie zdrowym mięsem. Tak, zdrowym, bo ma 30 procent mniej cholesterolu. Żony się z nas śmieją, że nic nie będzie z tego interesu, bo łatwo przywiązujemy się do zwierząt. Każde ma swoje własne imię. Najfajniejsze są ''wietnamki'' - Jan pokazuje niewielkie świnki wietnamskie z naturalnie zdeformowanymi, uśmiechniętymi ryjkami. Zadomowiły się wśród ponad stukilowych dzikich kolosów. Patrząc na kuzynów trudno uwierzyć, że zamierzają się rozstać ze swymi pupilami. Wołają po imieniu, poklepują potężne karki zwierząt. Łasi się do nich nawet Borys, ponad 150 kilogramowy odyniec, szczerzący ogromne szabliska.
Turystyka? Dlaczego nie...
Jan i Michał nie znoszą braku zajęcia. Wieś, jeszcze niedawno była trudna do odnalezienia wśród zarośli. Ich droga może stać się początkiem powrotu w te strony ludzi. Nie stanie się tak z dnia na dzień, bo życie tutaj ciężkie. - Szczególnie zimą, kiedy drogę zawieje śnieg - mówi Michał. - Wtedy nie ma co marzyć o przejechaniu nawet terenowym samochodem. Pozostają narty, bo i na piechotę przejść trudno.
Kuzyni upatrują jednak szansy w rozwoju turystyki. Z Kopysna wiodą bowiem szlaki turystyczne w stronę Przemyśla. Nie brak tutaj atrakcji: zabytkowy klasztor w Kalwarii Pacławskiej, najstarsza w Polsce murowana obronna cerkiew w Posadzie Rybotyckiej czy zabudowania dawnego ośrodka rządowego w Trójcy i Arłamowie, gdzie internowany był Wałęsa, mogą zainteresować turystów nie tylko w kraju.
- Turyści w Kopysnie są mile widziani - zapewniają kuzyni. - Kłopot z noclegiem, bo w naszych nie remontowanych domach ciasno. Każdy może jednak rozbić obok namiot. Zawsze znajdzie się też coś do jedzenia. Wody pod dostatkiem. I to jakiej! Na początku wsi jest studzienka ze źródlaną, krystalicznie czystą i zimną wodą. A jaką z niej herbatę można zaparzyć! - Jan i Michał, coraz częściej doceniają rzeczy, których brak miastowym. Sami odremontowali dawne dworskie stawy. Mają więc też własną, ''ekologiczną'' rybę. - Trochę karpia i pstrąga - mówią kuzyni. - Praktycznie na własne potrzeby, ale jak trafi się turysta, to zawsze może liczyć na świeżą rybkę.
Na pytanie czego im brak, odpowiadają zgodnie: - Proszę popatrzyć, dookoła góry, czyste powietrze, woda, bujna przyroda. Czego więc może nam brakować? Zdrowia i pieniędzy na dokończenie drogi. Tylko tego!
ANDRZEJ KLIMACZAK
KATARZYNA DRĄŻEK
Supernowości z dnia 22 czerwca 2006r.
Strażnik Kopysna
Jedyny mieszkaniec przysiółka nie odczuwa samotności. - Dlaczego? - dziwi się. Przecież na cmentarzu leży tylu ludzi, jakby cała wieś wciąż jeszcze istniała.
Najpierw jest droga od Rybotycz. Żeby trafić do Jana Łuczaka, należy wybrać tę, która prowadzi prawą stroną potoku. Pokona ją tylko terenówka, chyba że popada deszcz - wtedy i z napędem na cztery koła ciężko jechać. Trzeba iść pieszo.
Po drodze są wyżłobione wodą dziury i wykroty, las, szkółka leśna, kapliczka ze świętym Janem, a na końcu błotnistego traktu - rzucający się w oczy z daleka biały dom, wyglądający na opuszczony.
Do Łuczaka łatwo trafić, bo budynków jest tu tylko kilka, a zamieszkaną siedzibę można poznać po kwiku dzików i ujadaniu psów.
Dzikich świń Łuczak ma kilkadziesiąt, niektórym ponadawał imiona, a psów - sześć. Na stałe mieszka tu samotnie. Żona z dziećmi została w Przemyślu.
I.
Łuczak to przybłęda spod Olsztyna, ale w Kopysnie od przeszło ćwierć wieku. Zjeździł kraj wszerz i wzdłuż, jako kierowca ciężarówki. Pierwszy raz przyjechał tu w siedemdziesiątym dziewiątym, do dziewczyny. Wyskoczył z autobusu w Rybotyczach, tam, gdzie była - i jest nadal - jeszcze jako taka cywilizacja, i ruszył tą samą drogą, która i teraz doprowadza do wsi. Tylko że wtedy była w dużo gorszym stanie.
Pamięta tę czerwcową noc. O północy u rodziców panny jeszcze grał telewizor. Wstał rano, wyszedł przed dom i zobaczył, że to wieś pełna starych ludzi.
- A teraz? - zamyśla się wpatrzony w stare stawy rybne przy swoim obejściu. - Marcinow, Jakubów, Bomba, Nienadowscy, Krupa, Kulchawiec... Teraz stare Kopysno już całe na cmentarzu. Dom, w którym mieszka, drewniany, należał najpierw do wiedeńczyka Alberta Kettnera. Albert przyjechał do Kopysna, do majątku Tyszkowskiego, tylko wymierzyć las - na chwilę. A ponieważ był kawalerem, dziedzic obiecał ożenić go z najpiękniejszą dziewczyną i tak też uczynił. Do tego mianował inżynierem lasu i wybudował mu dom. Z osobną stajnią i oborą - inny od pozostałych. Ten właśnie, przed którym podwórko na okrągło ryją Łuczakowi młode dziki.
Potem mieszkał tu Edward Kettner z żoną i dziećmi. A Edward, już świętej pamięci, to był teść Jana, bo ten w starą, austriacką rodzinę po prostu się wżenił. Zawsze jednak traktowany był jak swój. Dziadek Edward - tak mówi o teściu przez wzgląd na dzieci - zawsze, gdy przyjeżdżał do Kopysna, powtarzał mu: - Siadaj chłopcze, nie wysilaj się. Robota nie ucieknie...
Od dwunastu lat Jan Łuczak nigdzie nie musi się śpieszyć, bo jest na rencie. I na środkach przeciwbólowych. Lekarze nadal nie orzekli, dlaczego wciąż bolą go nogi. Może to od kręgosłupa?
II.
Kopysno (albo, jak kto woli Kopyśno, a za komuny przez pewien czas Kopystno) - to właściwie tylko punkt na mapie; nawet nie wieś, tylko osada. Jeśli spojrzeć z góry - zewsząd otoczona niewysokimi, ale jednak górami. Stara, bo mająca korzenie w średniowieczu.
- Przed wojną to była bardzo ludna wioska. Liczyła sto czterdzieści numerów, pięciuset ludzi. Żyli tu Polacy, Ukraińcy, Żydzi, i żadnych zadr nie było. Razem świętowali, razem pracowali. A dzisiaj? Ziemia leży odłogiem, zostało pięć domów. Jak tu przyszedłem, było ich więcej, ale albo się zawaliły, albo spaliły - opowiada Jan Łuczak.
Ludzi przetrzebiła wojna, a właściwie czasy, które po niej nadeszły. Najpierw część grekokatolików wyrzucono na wschód, a potem w drugą stronę - na ziemie odzyskane. Kettnerowie zostali. Potem przez wieś przetaczały się oddziały UPA. Przed Niemcami uciekli dziadkowie Janusza Dedio, dziś przemyślanina, autora strony internetowej o Kopysnie. Stąd jego sentyment.
- Gdybym miał możliwość tu się osiedlić, nie musiałbym utrzymywać rodziny i dojeżdżać do pracy, nie zastanawiałbym się nawet pięć minut - twierdzi.
Witrynę stworzył dwa lata temu. To nie tylko zbiór wiedzy o ginącej wiosce, ale także platforma wymiany informacji dla jej byłych mieszkańców. Dzięki szperaniu w Internecie udało mu się m.in. znaleźć potomków rodziny Kopko. Przyjechali tu w ubiegłym roku, na kilka dni. - I ze Stanów Zjednoczonych, i z Francji, i z Polski, i z Ukrainy - wylicza Dedio.
III.
Cerkiew zbudowano prawie dwieście lat temu. - Jeszcze niedawno nie było widać ani cmentarza, ani świątyni, bo tak było wszystko zarośnięte. To był po prostu las - opowiada Michał Jakubów, kuzyn Jana, teraz też mieszkaniec Przemyśla, ale urodzony, sześćdziesiąt siedem lat temu, w Kopysnie - w starej chałupie, po której już ani śladu, prócz pustego, wykarczowanego niedawno placu - z widokiem na cerkiewną dzwonnicę.
Świątynia nie jest szczególnie urodziwa: z kamienia, otynkowana i z bielonymi ścianami, po których wraz z upływem czasu wilgoć pnie się coraz wyżej. Na dachu niewielka wieżyczka, a wewnątrz przepiękny ikonostas. Wystrój na błękitno: z dziurami po skradzionych świętych.
Kiedy dziewięć lat temu Edward Kettner żegnał się z tym światem, by spocząć na przycerkiewnym cmentarzu, zawołał zięcia Jana i wręczył mu klucz, który wcześniej dostał od starego Bazylego - jednego z niewielu, którzy wrócili po wysiedleniach. Spory, metalowy, do kościelnych drzwi. Powiedział zięciowi: - Opiekuj się nim!
Jeszcze wcześniej, niedługo po wojnie, przyszła komisja i chciała spisać świątynię na straty. Jan Łuczak zna to z opowiadań: - Dziadek zaprosił ich do siebie, poczęstował bimbrem i zaczęli rozmawiać. Powiedział im: Panowie, ludzie tyle lat budowali, a teraz wy chcecie zniszczyć? Zapisali w dokumentach, że to nie cerkiew, lecz kaplica cmentarna. I spytali, skąd ma tak dobrą okowitę!
Łuczak lubi tu przychodzić, nawet kilka razy dziennie. Poprawia kwiaty na wszystkich grobach, bo leży w nich jedna wielka rodzina, depcze pokrzywy, które na wiosnę strzelają wysoko w górę, spod prezbiterium spogląda na odległą Kalwarię Pacławską. Wreszcie unosi lekko drzwi cerkwi, ze zgrzytem przekręca klucz i wchodzi do chłodnego wnętrza. - Mogę tu sobie posiedzieć, pomyśleć, powspominać - mówi. - Nawet i o dwunastej w nocy, nie ma tak, żeby przeszedł mnie strach.
IV.
A może powinien go przejść? Bo o Kopysnie krążą przeróżne i przedziwne opowieści. Otóż, w samym środku wsi znajduje się pradawny kopiec porośnięty drzewami. I nieraz widziano nad nim dziwne światła. Pojawiały się, krążyły po okolicy i znikały. Jakby ludzie z pochodniami.
Mówią, że pochowano tu władykę Mikołaja, najzacniejszą chyba postać wywodzącą się stąd, ostatniego prawosławnego biskupa przemyskiego, zagorzałego przeciwnika unii z Kościołem katolickim.
Podobno Horbysko to właśnie wzniesienie, to jego grób, gdzie pokutuje za nieposłuszeństwo wobec władzy. Przyprawiających o dreszcz opowieści nie brakuje.
Ot, choćby o diable, którego spotkać można w lesie. Łuczak się z nich śmieje: - Ten diabeł to był Żyd, który prowadził krowę. Ktoś w nocy zobaczył rogi - i przestraszył się.
Wtedy do Kopysna przylgnęła łatka nawiedzonej wsi. Mówi się też o starym zamku i podziemnym przejściu aż do Rybotycz.
V.
Łuczak postawił na rolnictwo, z którego Kopysno zawsze żyło. Najpierw ludzie gospodarzyli na roli, potem grunty przejął PGR z Rybotycz. - Mój dziadek chciał po wojnie wrócić na ojcowiznę, ale całą opuszczoną, jak twierdziła władza, ziemię zabrało państwo - mówi Janusz Dedio.
Osiadł więc dziadek na skrawku ziemi, wybudował jeden dom, potem następny. Pierwszy się teraz wali, w drugim od czasu do czasu urzędują przemyscy harcerze. To biała budowla widoczna z drogi. Nieopodal tych domów pan Jan hoduje dzikie świnie. - Lonia, Felka, Sonia, Cyganka - przywołuje do siebie lochy, by pochwalić się dobytkiem. Kilka dni temu na świat przyszło siedem świnek wietnamek. Kiedyś hodował kaczki, ale z szesnastu zostało mu tylko kilka, resztę wyjadły kuny. Potem pomarły króliki.
Niedawno zza stawów - które oczyścił i zarybił karpiami, pstrągami, okoniami i amurami - zagrodzie przyglądały się trzy wilki. Dlatego trzyma u siebie aż sześć psów. Dziewiętnastoletniego, według ludzkiej miary, Pikusia i sześć lat młodszego Barego dostał w spadku po dziadku. Ten gospodarstwo zapisał jego synowi, Pawłowi, teraz studentowi, który chętnie tu zagląda. Może kiedyś osiądzie na stałe i też będzie strażnikiem znikającej wsi? To będzie piąte pokolenie Kettnerów w Kopysnie.
VI.
Kuzynów Jana i Michała martwi to, że cerkiew chyli się ku upadkowi. Ksiądz przyjeżdża raz do roku - na Wszystkich Świętych.
- Pokolenia męczyły się, budowały, a teraz nie ma komu zadbać o to, by ich mozolna praca nie poszła na marne - żali się Jan. Michał mówi: - Chodziłem od kurii do kurii, i w polskiej byłem, i w ukraińskiej, wszędzie pytali: kto będzie łożył na kościół?
Jan Łuczak i Michał Jakubów sami nie dadzą rady. Z niewielkich świadczeń nie zawsze starcza na życie. Dobrze chociaż, że do kapliczki wrócił święty Jan, którego skradziono lata temu. Jan Łuczak mówi: - Nikt nie widział, jak zginął, tak samo nikt nie widział, jak się odnalazł. Mówiłem nawet do Michała, że Jan do Jana przyszedł...
Ktoś tylko, może z przeprosinami, dorobił mu drewnianą koronę...
Stoi teraz za kratą, którą zrobili, by znów nie uciekł, w kapliczce przy drodze, w której ratowanie kuzyni już sporo włożyli - zdrowia i pieniędzy.
To jedyna przejezdna droga do Kopysna. Ta na Brylińce, w drugą stronę, ma głębokie koleiny i zarosła. Kuzyni za własne pieniądze połatali trakt do Rybotycz, zatkali dziury, przez które dało się przejść tylko w gumiakach, każdy z nich - skrupulatnie wyliczyli - przepracował wtedy lekko licząc trzy tysiące godzin. Trzeba by jeszcze tylko zrobić odwodnienie. - Za czterysta pięćdziesiąt złotych mojej renty nie ma szans! - mówi Łuczak.
Należy odwodnić, bo inaczej po każdym deszczu samochód trzeba będzie zostawiać w Rybotyczach, za domem sołtysa, ostatnim we wsi, i dymać na nogach dobre trzy kilometry. Ostatnio, kilka dni temu, zarządca drogi napisał pismo do Michała. Odwodnienie zrobią, i owszem, ale jeśli wystarczy pieniędzy po remontach dróg głównych. Czyli zapewne nigdy. Może i lepiej, bo wtedy nikt przez przypadek tu nie zaglądnie.
VII.
Jedyny stały mieszkaniec Kopysna nie odczuwa samotności. -Dlaczego miałoby tak być, skoro na cmentarzu tylu ludzi, jakby cała wieś wciąż istniała - dziwi się.
Czasem zajrzą tu turyści, w drodze na Kopystańkę - najwyższą na Pogórzu Przemyskim. Czasem w swym niebieskim maluchu przyjedzie listonosz. - Trudno, dwa numery, ale jechać trzeba. Dwa, trzy albo nawet cztery razy w tygodniu - mówi pan Janusz. Przywiezie parę listów, nowinek, plotek - bo odkąd Łuczakowi zepsuł się telewizor, jedynym źródłem informacji jest dla niego radio. Od czasu do czasu do Kopysna wpada jeszcze jeden człowiek - były zagorzały ekolog, który buduje dom powyżej Łuczaka. A niedługo i Michał zniesie się tu na stałe. Chce wracać na ojcowiznę, remontuje nawet dom po Bazylim, tym od cerkiewnych kluczy. Starą, drewnianą chałupę.
- Objeździłem całą Polskę i świat, byłem wszędzie, ale nigdzie nie ma takiej atmosfery, jak tam, gdzie jest mało ludzi - jak w Kopysnie. Po prostu: gdzie jest największa dzicz, tam jeszcze da się żyć - stwierdza.
Już się tu nawet zameldował - pod numerem czwartym. Łuczak mieszka pod jedynką.
Nad wejściem do cerkwi wisi tabliczka z czternastką.
VIII.
Kuzyni nie boją się, że na uboczu coś im się stanie, że w razie choroby nie doczekają pomocy, bo minie sporo czasu zanim po wertepach dojedzie karetka albo śmigłowiec znajdzie miejsce do lądowania.
- Jak ma się coś stać człowiekowi, to nawet w szpitalu się stanie - mówi Jan. A Michał konstatuje: - Nawet w tłumie ludzi może nie być nikogo, kto poda szklankę wody w razie potrzeby. A trzeba umierać tam, gdzie ma się korzenie.
- To twardzi ludzie - nie ukrywa Janusz Dedio. Wkrótce może być takich więcej. Działki już wszystkie wokoło wykupione. I Jan, i Michał, dobrze wiedzą, że przyjdzie im tu umrzeć. Kiedyś Michał usłyszał od swego przyjaciela, że tamten kupił grobowiec w Kalwarii, 30 kilometrów od Przemyśla. Dociekał: czemu tak daleko? - Wiesz, piękna okolica, dobre powietrze, ptaki śpiewają - odparł przyjaciel. Michał mu na to: - I co z tego, że ptaki, skoro ty i tak nie będziesz ich słyszał? Przyjaciel tylko spytał: - A skąd ty to możesz wiedzieć?
Może więc te ptaki śpiewać będą Michałowi w Kopysnie, bo okolica równie piękna, z dobrym powietrzem i najczystszą wodą? Napisał w testamencie, że jak rodzina pochowa go gdzie indziej, nie dostanie spadku. Tu też, obok teściów, chce zostać na zawsze Jan.
PIOTR SUBIK
Dziennik Polski z 5 lipca 2006r.
Cerkiew w Kopyśnie

Wnętrze ma trójczęściowy podział, a podwyższoną część ołtarzową, tzw. altar, dzieli typowy dla cerkwi karpackiej ikonostas. Z lewej strony carskich wrót, znajduje się ikona z najpowszechniejszym typem przedstawienia maryjnego: Matka Boska z Dzieciątkiem - Hodegetria, po prawej zaś widnieje postać Chrystusa Pantokratora. Spośród 22 tworzących następny rząd malowideł, tzw. prazdników, chronologicznie przedstawiających święta roku kościelnego, brak dwóch. Powyżej Ostatnia Wieczerza, nad którą góruje przedstawienie Deesis - Chrystus Tronujący z Apostołami, zamknięte półkolistym, roślinnym ornamentem. Zarówno ołtarzyk w prezbiterium z obrazem Chrystusa pomiędzy świętymi, jak i cztery ołtarzyki boczne - wszystkie z XIX w., o tradycjach barokowych, również przetrwały w pierwotnym stanie.

Niewielką, murowaną, greckokatolicką cerkiew Opieki Matki Boskiej zbudowano w Kopyśnie w 1821r. razem z parawanową dzwonnicą, na miejscu poprzedniej, istniejącej już w XV wieku. Wzniesiona z kamienia na planie wydłużonego prostokąta z trójbocznym zamknięciem od wschodu, otynkowana, była przebudowana na początku lat 20. XX wieku. Szczęśliwie przetrwała jako jedna z niewielu w okolicy i co szczególnie ważne, pozostał w niej prawie kompletny ikonostas z 1854 roku namalowany przez Józefa Lisikiewicza z Trójcy.
Godna uwagi jest także sama miejscowość. Niegdyś duża, dziś wyludniona, położona nietypowo na stokach góry (541 m n.p.m.), wysoko nad doliną Wiaru. Istniała już w XIV wieku (Władysław Jagiełło nadał wieś 12 marca 1408 roku Józefowi Bieduniowi za jego wierną służbę), stając się z czasem rodowym gniazdem Kopystyńskich herbu Leliwa.
Istnieje hipoteza, że Michał Kopystyński, ostatni prawosławny biskup w Przemyślu, może być pochowany właśnie w podziemiach pierwotnej cerkwi, choć brana jest pod uwagę także cerkiew w Posadzie Rybotyckiej. Przy drodze do pobliskich Rybotycz zachowała się kapliczka św. Jana, upamiętniająca zniesienie pańszczyzny w 1848 r.
tekst i fot. BOŻENA KORECKA-SZCZERBA
Skarby Podkarpackie Nr 1(2)2007
"Tam były najsłodsze maliny i
najbardziej pachniały poziomki" (3 225 KB)